Morskie Oko

Once in a lifetime – Hinczowa w puchu

     Każdy kto był w Morskim Oku i stanął na werandzie schroniska, tak jak ja, po raz pierwszy mając 7 lat, doznał tego porażającego widoku majestatu gór. Na wprost, powyżej tafli Morskiego Oka wzbijają się najwyższe polskie szczyty. To tam wspinają się taternicy wzbudzając od dziecka mój przeogromny podziw.
 Panorama na Hincze
      Wiele lat minęło i dowiedziałem się, że oto są śmiałkowie co potrafią zjechać pomiędzy tymi skałami na nartach. To tam pomiędzy Mięguszowieckim Szczytem (2438m), a Cubryną (2376m) znajduje się Hińczowa Przełęcz 2323m n.p.m., z której w labiryncie skalnych ścian jest linia umożliwiająca zjazd na nartach. Przewodnik skiturowy wycenia ten zjazd na 5 w sześciostopniowej skali, czyli jeden z najtrudniejszych w Polskich Tatrach. Ekspozycja, podcięte przepaściami pola śnieżne i żleby, nachylenie dochodzące do 50 stopni sprawia, że jakikolwiek błąd i przewrotka w tym miejscu, a nie daj boże zejście lawiny, które schodzą tam nadzwyczaj często, oznacza śmierć śmiałka tam zjeżdżającego.
      Filmy ze zjazdów i opowieści osób, które tam były pokazywały jedno: późnowiosenne, mokre firny i walka na zjeździe z ogromnymi nierównościami, pozostałymi po częstych lawinach schodzących z hukiem, aż po taflę jeziora.
  – Nie, to nie dla mnie! – mówiłem przez wiele lat, ale gdzieś w zakamarkach głowy chodził mi szalony plan, którego nie śmiałem nawet głośno zdradzić.
 
  – Czy nie dałoby się zjechać tego w puchu? – Co?!!! Szaleństwo, niemożliwe, to nie Alaska i film Jeremiego Jones’a!!! – takie miałem czasem myśli… Wybieranie się tam na puch to ogromne ryzyko i niewielu chyba je podejmuje.
 Na tafli Morskiego Oka

Latami zdobywana wiedza i doświadczenie freeridowe pozwalało mi jednak sądzić, że jest to możliwe. Potrzeba tylko idealnego zgrania książkowych warunków pogodowych, przy których następuje opad śniegu. Wiem, taki dzień zdarza się niezwykle rzadko.Jak wiecie zimą, my freeriderzy pogodę sprawdzamy ok 20 razy na dobę. Wiemy gdzie spada każdy płatek śniegu i w jakich warunkach… Tak i tej rzekomo „słabej” zimy te obserwacje nasiliły się do granic absurdu. Ale to dobrze. Od kilku dni wiedziałem, że w naszych górach dzieje się coś dziwnego jak na tą porę roku. Coś co pozwoliło w końcu uwierzyć, że oto nadchodzi czas spełnienia się Wielkiego, Szalonego i Niemożliwego Marzenia: zjazd Hińczową na wprost w puchu! – zjazd marzenie każdego freeride’ra. Może to być teraz, ten jedyny raz w życiu!Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że siadł tam opad w warunkach mogących zapewnić bezpieczeństwo wejścia i zjazdu. Tyle mówi teoria z książki, a góry i lawiny to żywioł jak trzęsienia ziemi – nieprzewidywalny. Telefony do znajomych – każdy odmawia, podając prozaiczne powody. Nie róbcie mi tego, czekałem wiele lat na ten dzień… Cóż, sam nie pójdę. Okazja „dobrych” warunków przemija bezpowrotnie, aby za kilka dni powtórzyć się w podobny sposób – spada opad wg książkowej teorii – bezpieczny dla aktywności ludzkiej w wysokich górach. Info z weekendu od instruktorów kursu lawinowego pod Mokiem jest dobre: stare śniegi stabilne. Nowe opady będziemy musieli ocenić sami.

Znów gorączkowe poszukiwania śmiałka, co podejmie ze mną wyzwanie. Jedyny możliwy dzień to środa – wiadomo nikt nie może. Ale oto jest telefon od Majki:

  – Mam, załatwiłam urlop, jedziemy!

Super, Maja jest świetną narciarką, wiele lat się wspina, a do tego jest instruktorką na kursach lawinowych. Jej wiedza przyda się jak nigdy. Idealny partner tej szalonej wycieczki. Nie śpię spokojnie przez najbliższą noc. Przecież możemy nie wrócić do domu żywi … co my robimy..?
      Morskie Oko o poranku wita nas bezchmurnym niebem, lekkim mrozikiem i… 5cm opadem śniegu. Hmm, za mało na bezpieczny zjazd, jeśli tam będzie betonowe podłoże… – takie było info z ostatniego weekendu.
Ruszamy, po przejściu pierwszego żlebu wchodzimy na Mięguszowiecki Kocioł.
Mięguszowiecki Kocioł
I tu zdziwienie, świeżego śniegu jest co najmniej 20-30cm. Kopiemy pierwszy profil, badamy warstwy i kolejne zdziwienie: wszystkie opady są stabilnie ze sobą powiązane. Czyżby książkowa teoria się sprawdzała? Pora wykonać decydujący krok: przekroczyć pole śnieżne w/w kotła. Jeśli ruszy jakakolwiek lawina, spadniemy kilkadziesiąt metrów z lodospadu na skały… Od tego miejsca wchodzimy w teren gdzie góry mogą zabrać nam wszystko. Głęboki oddech, kolejne przeanalizowanie wszystkich zmiennych i… ruszam. Serce w przełyku, brnę przez śnieg nie myśląc:
  – Tutaj jest jak na polu minowym – nie wiesz czy i gdzie czai się śmierć…
Docieramy do kolejnego żlebu, w którym poschodziły już lawiny, widać urwane niewielkie deski przy skałach, ale prawa strona żlebu jest nieruszona. Im wyżej tym więcej śniegu.
W żlebie
      W kolejnym po pokonaniu wąskiego na 1,5m zwężenia między skałami, sypkiego śniegu jest już 50cm!!! Nachylenie 47 stopni – nie chcę myśleć jak to ruszy w dół… Kopiemy kolejny profil – warunki bez zmian. Stabilnie… Brniemy w górę. Na Galerii Cubryńskiej (wielkie pola śnieżne górujące tuż pod granią szczytów, nad Morskim Okiem) świeżego śniegu jest już 60-70cm.
Ze strachu mierzymy nawet nachylenie (33 stopnie) – uff nachylenie w miarę bezpieczne, może te masy śniegu nie zjadą z nami na te największe urwiska?
Śnieg jest sypki i puszysty jak na Alasce, zapadamy się po uda, siły ubywają szybko. Krótka przerwa na obiad w przepięknej scenerii wysokich Tatr i ruszamy dalej. Zaczyna się mglić, szczyty znikają w chmurach, ale oto po 5h ciężkiego brnięcia wychodzimy na przełęcz. Siadam i oddycham z wielką ulgą… uff na wpół już ocaleni. Jeszcze tylko zjazd…
I w tym momencie cały kocioł Morskiego Oka znika w gęstej mgle. Siedzimy na przełęczy 2,5h czekając na rozejście się tej zasłony, podziwiając przepiękne tańce chmur nad graniami Tatr Słowackich. Maja cały czas milczy, ja gadam jak najęty od rzeczy – każdy inaczej reaguje na stres. Jak rzucić się w tą przepaść, jak zjechać, skoro nic nie widać? Szkoda też tego bajkowego śniegu, bo jazda byłaby boska…
Na Galeri Cubryńskiej
      W pewnym momencie Maja zauważa widmo Brockenu. Hmm każdy wie, że jak zobaczy się je w górach to jest to zła wróżba… dopiero zobaczenie go po raz 3ci czyni nas w górach nieśmiertelnym. Wpatruję się w nie dłużej i… coś niemożliwego – widmo jest potrójne!!! Pora więc jechać!
      Słońce zachodzi za Cubryną, zapinamy się, czekany w dłoń, jakby miały coś pomóc, ale mgła nie ustępuje. Stoimy na grani czekając na jakąkolwiek widoczność… minuty mijają, godzina już prawie 17… Nagle mgła rozrzedza się i widać na 20m – nie ma wyjścia. Zaciągam ręczny hamulec – przy tej widoczności nie można tutaj pozwolić sobie na brawurę.
 Podejście
     Rzucam się w czeluść pierwszy, licząc, że już na Galerii Cubryńskiej mgła się rozstąpi i bezpiecznie dojadę do pierwszego żlebu, nie gubiąc się w labiryncie skał… Nic takiego, mgła na Galerii gęstnieje, jest jak mleko, widoczność na parę metrów, trochę błądzę, błędnik szaleje, staram się nie zgubić śladów podejścia, to jedyny bezpieczny drogowskaz do domu… Po drodze skaczę upatrzoną wcześniej skałkę, ale za wolno najechałem i wpadłem na lądowaniu po pas w puch, który mnie prawie zatrzymał. Po chwili, jadąc po śladach podejścia wpadam do żlebu, podcinam kontrolnie pierwszym wjazdem śnieg pod kątem 45 stopni i widząc, że nie zsuwa się kontynuuję zjazd. Jazda jak w raju, mój freeridowy NS Raptor niesie niczym poduszkowiec, po bokach mijają mnie pionowe, skaliste ściany, jest jak w Mordorze. Doganiają mnie zsuwy mas śniegu – myślę będę szybszy… nic z tego, są szybkie jak pendolino, uciekam pod skały, żeby mnie nie zabrały ze sobą. Nachylenie prawie 50 stopni…
     Docieram do sławnego przewężenia, pod deską słyszę lód i skały, ledwie przykryte przez resztki zsuwającego się śniegu. Można pokonać je tylko na krechę. Nachylenie nie jest duże, ale to tu trzeba uważać najbardziej – stromizna kolejnego żlebu, w połowie odkrytego do żywego lodu, po którym zjechały ostatnie opady, może przy upadku nie pozwolić na bezpieczne zatrzymanie się i człowiek spada w przepaść… Zaciskam zęby, nie ma na co czekać, skok, krecha i już jestem w tym „śmiercionośnym” kuluarze – tutaj czekam na Majkę, która szaleje w każdym skrawku puchu – jej też jedzie się cudownie, aż musiałem ją troszkę przystopować z tą brawurą 😛
      Bezpiecznie docieramy na Mięguszowiecki Kocioł, mgła rozstępuje się – widząc, że przeżyliśmy „strefę śmierci” popuszczamy ręczny i w bajecznym puchu śmigamy wprost do tafli Morskiego Oka…
 Przed zjazdem
     Uff żyjemy, padamy ze zmęczenia, ręce drżą… i rośnie wiara, że nawet niebotyczne marzenia się spełniają. Hińcza poszła w Powder’ze przez duże „P”.   Zjazd był bajkowy i ze względu na „alaskański” warun i towarzyszące mu emocje na pewno będzie w moich top 3 zjazdów życia.

      Drugiego dnia serwując sobie dla relaksu zjazd z Rysów stwierdziliśmy, że Matka Natura wie co robi – opasała Mięguszowieckie Szczyty mgłą, aby nas nie poniosła brawura na zjeździe, bo mogłoby to skończyć się źle… a przecież spełnione Wielkie Marzenia muszą kończyć się dobrze…

Tylko trzeba cierpliwie czekać. 🙂