Znak tour the mont blanc

Tour the Mont Blanc – w poszukiwaniu enduro raju.

Kiedy rok temu zacząłem swoje szwendanie po górach z plecakiem i rowerem po Norwegii, odkryłem, że nie zawsze musi być stromo, trudno, szybko, żeby było przyjemnie. Samo leniwe przemieszczanie się po górach, podziwianie widoków, niepewność ścieżki, eksploracja mapy i próba trzymania się założonego planu dnia jest zupełnie innym wyzwaniem dla rowerzysty w górach. Wówczas zamarzył się mi kilkudniowy trip, od schronu do schronu. Gdzieś, gdzie ścieżka będzie wyzwaniem, przygodą i niezapomnianym przeżyciem.

Zawsze lubiłem jeździć palcem po mapie, wytyczać i wyliczać odległości, przewyższenia itp. Aż pewnego dnia wpadła mi w ręce mapka pokazująca pętlę wokół masywu Mont Blanc. Przepiękna pętla w różnych wariantach mająca od 170 do 200km i ok 8000-9000m przewyższenia. Biegnąca dokładnie wokół najwyższych czterotysięczników w Alpach, na styku trzech państw: Francji, Włoch i Szwajcarii. Kilkukrotnie przekraczająca przełęcze na wysokości 2500m npm.

Wszelkie serwisy w Internecie polecają ją jako klasyczną i najbardziej znaną pętlę pieszej, górskiej wędrówki w Europie, którą przynajmniej raz w życiu powinien zaliczyć każdy Europejczyk. Przechodzi się ją ok 10-12 dni na piechotę. My postanowiliśmy ambitnie pokonać ją w 4 dni na rowerach.

Tour_du_Mont_Blanc_Map

Jakie w tym roku jest lato wszyscy wiemy. Informacje od znajomych mieszkających w Chamonix (najbardziej znanego kurortu na trasie naszej pętli) są fatalne: to najgorsze lato od 10 lat. Leje codziennie. W górach prószy ciągle śnieg. Jaki ma sens pchanie się tam z rowerem w taką pogodę? No cóż, plany zrobione, trasa wytyczona, rezerwacje noclegów w schroniskach zapłacone. Nie ma odwrotu, jedziemy, co będzie to będzie, ale przy deszczowej i śnieżnej pogodzie ani nie zobaczymy tych wysokich gór, ani nie zrobimy tego bezpiecznie w 4 dni…

Dojeżdżamy na świetnie wyposażony i położony na 1600m npm camping w La Fouly (Szwajcaria). Przez całe Niemcy i Szwajcarię nękały nas nawałnice i burze, temperatury w ok 10-12 stopni. W La Fouly chmury gęste i ciemne jak noc, co chwilę popaduje, jest zimno. Pytamy kierowniczkę w recepcji o prognozy pogody. Załamuje ręce i nie wie co powiedzieć. Ma najwidoczniej dość już tego lata. Na nasze stwierdzenie, że za 4 dni wracamy po samochód popatrzyła tylko na nas z politowaniem… Nic, pozostało otworzyć dobre włoskie winko kupione po drodze i zastanowić się nad życiem, przy trzaskającym w kominku, w kempingowej kantynie ogniu.

Dzień 1-szy.

W nocy lało, nawet namiot przemókł, ale rano widzę, że chmury wyraźnie podnoszą się. Co prawda leniwie, ale zawsze. Jest 6 stopni… brr. Szybkie śniadanie, pakowanie i ruszamy. Plan dnia: dystans 30km, 1650m w górę. Jedna przełęcz na 2535m. W ciszy zdobywamy leniwie pierwsze metry wzniosu, szutry przy pierwszym schronisku zmieniają się w singlowate szlaki, coraz częściej pchamy rowery, ale za to pogoda poprawia się, z mgieł wychodzą pierwsze szczyty, świeży śnieg leży już na ok 2500m. Co będzie na przełęczy? Tuż przed nią, samotnie wędrująca amerykanka wita nas z uśmiechem na ustach:

– Z rowerami? Jesteście wariaci, za przełęczą jest stromo i niebezpiecznie…

Podjazd pod przełęcz

Hmm, no to mnie pocieszyła. Ale dobrze wiemy, jak jest z oceną przydatności szlaku pod rower przez nie jeżdżących. Ciekawość zżera mnie coraz bardziej. Co nas czeka na tej pętli, jakie są te zjazdy, czy będzie jednak sprowadzanie rowerów? Przecinamy drogę wypasającym się owcom, wchodzimy w okolicy południa na przełęcz Col Ferret. 2535 m npm. I otwieramy gęby ze zdziwienia, ja prawie usiadłem z wrażenia. Widok na włoską stronę jest co najmniej taki, jaki miał Mojżesz widząc w oddali Ziemię Obiecaną. Przepiękne, zielone, ciągnące się po horyzont doliny i górujące nad nią czterotysięczniki, bialutkie od świeżego śniegu, przeorane wiecznymi lodowcami. Jest jak w raju. Dozbrajamy się w ochraniacze i ruszamy. Szlak na początku jest widoczny, ale później gdzieś ginie w załamującym się ostro terenie. Po tej stronie przełęczy nie będzie tak łagodnie, jak na podejściu. Zjazd wprost na taras schroniska w dole doliny okazał się jednak jednym wielkim flow, przemieszanym z ciasnymi agrafkami, czasem niewygodnymi odwodnieniami z kamieni. Tego nam trzeba było, po to tu przyjechaliśmy: widoki i single – wycieczka i frajda z jazdy – wędrówka po górach i szaleństwo na rowerach. Jest wszystko, a nawet więcej.

Zjazd z przełęczy do włoch

Do końca dnia jedziemy już interwałowo, szlakiem po horyzont w postaci przyjemnego singla wśród zielonych łąk i krzewów, trzymając się pułapu ok 2000m npm. Uśmiech i radość nie schodzi nam z twarzy. W dole zielone łąki, w górze białe szczyty – jakie szczyty?! Najwyższe w Europie. Pogoda klaruje się coraz bardziej i po ciemnych chmurach wieczorem nic już nie zostało. Włoskie single

Tuż po 19 docieramy do pierwszego schroniska z naszym noclegiem. Maja celowo wybrała je na wysokości ok 2000m npm, aby podziwiać z niego zachód słońca, a rankiem wschód z panoramą Mont Blanc w tle. Pyszna włoska kolacja pozwala najeść się do syta, a nocleg w wieloosobowej sali ma tą zaletę, że można pogawędzić z innymi piechurami robiącymi pętlę. Argentyńczycy opowiadają, że to ich 4rty dzień wędrówki i pierwszy raz zobaczyli góry. Wcześniej tylko mgła, deszcz i śnieg… Mamy skwaszone miny… Lepiej szybko zasnąć i zbadać rzeczywistość o poranku. Jacek skarżył się tylko, że nie mógł spać, bo oślepiał go blask gwiazd wpadających przez dachowe okno, wprost nad jego głową. To był dobry dzień.

 

Dzień 2-gi.

Pobudka tutaj to już 6:30 – piechurzy zrywają się pierwsi, śniadanie o 7. Kiedy oni wyruszają na szlak, my w tym czasie robimy leniwie rozgrzewkę. Jedną z zalet jechania pętli nie tradycyjnie, czyli zgodnie z zegarem jest taka, ze rano nie mamy piechurów na szlaku. W przepięknej scenerii porannego słońca i bezchmurnego nieba ruszamy w dół. Od razu mamy w pionie 700m zjazdu po kamienistym i najeżonym agrafkami szlaku do Courmayeur. Jest trudno, ale walczymy dzielnie z ciężkimi plecakami. Agrafki przez to, że mają porobione kamienne odwodnienia stanowią miejscami trudność P4. Idealne rozpoczęcie dnia – adrenalina po zjeździe pozwala obudzić się na dobre. Od teraz czeka nas dzisiaj do podjechania 1870m w górę i 31km dystansu. Upał na podejściu daje się we znaki, ale po pokonaniu wysokości ok 1700m npm jest już chłodniej, wręcz idealnie. Tym razem wąski szlak wiedzie vis-à-vis południowych ścian Mont Blanc. Mamy przyjemność prawie cały dzień podziwiać to monstrum. A obiadowy piknik w jego scenerii sprawia, że czujemy się wniebowzięci.

 Singiel pod Mount Blanc

Po drodze zaliczamy zjazd fajnym singlem z dawką niewielkich progów skalnych i zjeżdżamy w zupełnie inny teren. Wieka dolina z ogromnymi zielonymi zboczami. Przypomina mi to dzikie tereny fiordów w Norwegii. Jakże zupełnie inny krajobraz od chwilę wcześniej. Stąd mamy kolejną wspinaczkę na ostatnią tego dnia przełęcz: Col de la Seigne (2515m). Docieramy tam ok 19. Jest już późno, słońce prawie zachodzi za szczytami Francuskich Alp. Tak, tutaj na przełęczy jest granica i wjeżdżamy do Francji. Jesteśmy dosyć mocno już zmęczeni, zrobiliśmy tego dnia prawie 1900m w pionie. Ale wiemy jedno: teraz czeka nas wisienka na torcie – zjazd: 4,5km/-650m. Widząc jak super wije się singiel w dół ruszamy całą bandą, na szlaku już pusto. W dole majaczy dach schroniska Les Mottets, w którym dzisiaj nocujemy. Widoki obłędne, prędkości na zjeździe też – singiel jest idealny. Będąc zmęczeni potrzebowaliśmy tego 4,5km flow w dół. Na końcowych metrach kilkanaście szerokich agrafek – jest fun, adrenalina ze zjazdu pozwala zapomnieć o zmęczeniu i wyciskamy z rowerów ostatnie soki.

Zjezd do Les Mottets

Wpadamy wprost pod drzwi schroniska. Wchodzimy do środka, a tu Pani z obsługi mówi: kolację podano, formalności załatwimy później. To się nazywa francuska, a może góralska gościnność? W ławach w jadalni pełno turystów z całego świata. Siadamy w samym końcu sali i dostajemy od razu misę przepysznej zupy. Zjadamy ją jakbyśmy nigdy nic nie jedli. Dla okolicznych współbiesiadników tacy lekko ubłoceni w kolorowych ciuchach rowerowych stanowimy jakąś odmianę. Rowerzystów jednak widzi się tu rzadko. Po zupie podano chleb i surową kapustę. Widzimy, że gawiedź zajada ją z chlebem, mamy małą konsternację: czyżby to cała kolacja? Ok, zupka była pyszna, ale nie najemy się nią do syta. Jackowi Endomondo pokazuje, że spalił ponad 7000 kalorii!!! 🙂 Jednak po paru minutach „napięcia” wchodzą na sale misy pełne ryżu, zapiekanych pomidorów z cukinią, a do tego wielkie gary wołowego gulaszu gotowanego w gałązkach jałowca. Maja nakłada mi taką 15cm na talerz wraz z gulaszem – niezłe to było dla mnie zdziwienie, jak rzeczywiście zobaczyłem, że to jałowiec prosto z krzaka. Domawiamy czerwone wino – dopiero wtedy czujemy, jak ta rozpływająca się w ustach wołowinka smakuje. Wszystko jest wyśmienicie przyrządzone, do zagryzienia dostajemy talerz sera pleśniowego. Jedzenie czuć, że odbiega smakiem od marketowego. Sądzimy, że wszystko jest wprost z naturalnej, alpejskiej hodowli. Objadamy się podwójnymi porcjami, biesiada trwa dobrą godzinę, a na deser dostajemy pucharek puddingu oraz… kilka regionalnych muzyczek wygranych przez obsługę na oryginalnej francuskiej katarynce. Jest bosko. Odpływamy w błogostan – każdy stwierdza, że jest w endurowym raju – tak bowiem powinien wyglądać raj dla każdego enduro wyrypiarza: całodniowa wyrypa z nieziemskimi widokami, szaleńczy zjazd idealnym singlem w zachodzącym słońcu, wprost na rajską kolację, podaną przez urocze francuskie góralki. 😛 A to nie koniec atrakcji. Dostajemy miejsca w wieloosobowej sali. Pani prowadzi nas do hmm… czegoś co przypomina oborę. No cóż, 40 osób na sali dzieli z nami ten los. Rozkładamy posłania, a za ścianą jakby nigdy nic kwiczy osioł… ehh jest sielsko anielsko. Szybki prysznic i do wyra. 21:30 i wszyscy śpią jak zabici. No oprócz tych co nie mieli zatyczek do uszu i słuchali piłowani piły… przez grzeczność nie zdradzę kogo, czasem też zaryczał osiołek… 😉

Dzień 3-ci.

Ranek chłodny, tylko +6, ale pogoda żyleta. Cieszymy się z tego jak małe dzieci bo mamy dzisiaj 54km i 2010m w pionie. Ubieramy co mamy ciepłego i najpierw singlem, później szutrem w dół do doliny skąd kolejna wyrypa na 2433m. Przełęcz Col de la Croix du Bonhomme. Turystów tym razem jest dużo, na przełęczy pod schroniskiem kleimy dętki z wczorajszego, niewydarzonego snejkowania. Jest ciepło, fantastyczne widoki, piknik na tej wysokości smakuje jak nigdy. Tuż przed zjazdem podsłuchuję jakiegoś przewodnika, co ostrzega swoja grupę piechurów: teraz czeka nas zejście skalistym, poszarpanym i niebezpiecznym szlakiem, proszę o ostrożność. Hmm znów niespodzianki? Podejście na przełęcz było łagodne jak baranek, których nota bene po drodze całe setki wędrowały po urwistych zboczach…

7km singlaRuszamy w dół, przed nami ok 5km singla i 700m w pionie. Hmm, ale jakiego singla! Już po starcie trudne miejsce na P5. (w skali trudności oznacza to, że mało kto jest w stanie to zjechać) Grzecznie sprowadzamy, ale dalej już próbujemy sił na rowerach, szlak rzeczywiście robi się trudny, poszarpane skałki, wielkie płyty litej skały, urwane progi, zero jakiejś regularności – prawdziwy wysokogórski szlak. Rzesze turystów nam dopingują, Majce grupka amerykanów najgłośniej. Dajemy powoli radę. Po dłuższej i najtrudniejszej sekcji skałek zatrzymuję się wydając okrzyk euforii. Podchodzi starszy pan w kapeluszy z ogromną kamerą i coś do mnie mówi po francusku, pokazując to na szlak to na kamerę. Ja jak przystało na Polaka wpierw myślę: tak to strażnik i mnie nagrał, a zaraz wyciągnie bloczek mandatowy. Jednak po chwili pada jedyne słowo po angielsku: exceptional (w tłum.: wyjątkowy). To dopiero mnie przekonało, że pan zachwycał się naszym zjazdem po tych skałach, co z nieukrywaną radością uwiecznił swoją kamerą. Dalej szlak przemienił się w wąską, żwirową ścieżkę z dziesiątkami agrafek na prawie pionowych ściankach. Wciąż wśród tłumu turystów zdarzali się co bardziej krewcy wykrzykując: kamikadze, kamikadze i pukali się w czoło. My jak na złość wybieraliśmy te najtrudniejsze fragmenty szlaku, mimo że bokiem można było zwieźć się singielkiem. Uff, dopadamy schronisko La Balme, chwila odpoczynku dla rąk i ruszamy dalej do miasteczka na piknik nad rzeką, skąd ostatni podjazd na przełęcz Col de Voza. Docieramy tam ok 18 podziwiając po drodze piękne francuskie landszafty: domki pod lasem na tle białych lodowców. Trafił się tez singielek zjazdowy. Nie długi, może 400m, ale za to P4 jak nic. Agrafeczki takie, że do teraz mi skacze ciśnienie, jak je wspominam. A Majka cieszyła się w końcu z trudnych korzonków. Najtrudniejszą agrafkę chciał okiełznać Michał, ale po chwili wąchał kwiatki obok ścieżki… Na przełęczy ostatni postój i pierwsze spojrzenie w kierunku Chamonix. Miasto majaczy w dole i tu zaczynają się nasze rozczarowania z nim związane.

W Chamonix

Szlak TMB prowadzi bowiem prawie do samego dołu szutrem. Szkoda było zjazdu i jak się po kilkuset metrach zorientowaliśmy to zaczęliśmy szukać tras zjazdowych w pobliskim bike parku. Trafiliśmy po chwili trasę 9tkę, która po 100m miała już oznaczenia 8mki, a za chwilę 6tki, po czym wypadła na szutr, za którym wisiał wielki baner: – trasa zamknięta. Że co?!!! 300m trasy i koniec? Drugie rozczarowanie to takie, że wszystkie szlaki piesze mają na wjeździe znak: zakaz wjazdu rowerów. Dochodzi do tego całkowity zakaz jazdy po pieszych szlakach rowerem w okolicach Chamonix w okresie lipca i sierpnia. Czary goryczy dopełniła tabliczka: „bajkerzy, do dolnej stacji gondoli proszę zwieźć się asfaltem”. No fajne mają tu zwyczaje… ehh degust na twarzy towarzyszył nam do samego Chamonix. W nim jedziemy, jak przystało na porządnych rowerzystów ścieżką rowerową w lesie nad rzeką. Zero widoków, ani podziwiać miasto, ani wielkie góry nad nim. Po paru km zdegustowani wracamy na asfalt. Tutaj przynajmniej coś widać. Pora znaleźć 3ci nocleg. Schronisko, które na mapie miało być tuż nad rzeką, było gdzieś 1,5km dalej. Za nocleg zażądano powiedzmy rynkową cenę, ale kazano sobie dopłacić dodatkowo 11E za kartę zniżkową w mieście. Tego było za dużo i zdenerwowani ruszyliśmy w miasto, żeby po zmroku znaleźć własny pokoik za połowę ceny u przesympatycznego Koreańczyka. Kolacyjka w pizzerii i piwko w angielskim pubie. Poradziliśmy sobie bez francuzów z Chamonix.

Dzień 4-ty.

Rankiem mamy tym razem niewyraźne miny: leje i nad miastem przetaczają się gęste, ciemne chmury. O nie! Mamy dość tej Francji, czekamy prawie do 9, aż może zdarzy się cud i przestanie padać. W tym czasie serwisujemy rowerki u Pana Koreańczyka. Ubrani w co się dało przeciwdeszczowego, postanawiamy mimo wszystko ruszyć w trasę. Gdy w centrum jemy śniadanko, tradycyjnie bagietkę, przestaje padać. Rezygnujemy z lokalnych ścieżek szutrowych i ruszamy do Le Tour asfalcikiem.

Maja na singluJest już późny ranek i widząc kłębiące się nad Chamonix chmury kupujemy bilecik na gondolę w kierunku granicy Szwajcarskiej. Oczywiście, że nie można kupić jednorazowego przejazdu, tylko całodzienny karnet… Ot Francja. U góry na przełęczy mgła gęstnieje, prawie nic nie widać, ale po Szwajcarskiej stronie widzimy, jakby w dole się rozrywało. Szybko zakładamy ochraniacze i mkniemy szlakiem kilka km i 900m w dół do Trientu. Zaraz po starcie opuszczamy pułap chmur i lekko rąbankowym, a później korzenisto-agrafkowym singlem docieramy do wspaniałych, zielonych szwajcarskich łąk. Uff jaka ulga znów być w Szwajcarii. Tutejsze szlaki to poezja. Pogoda zrobiła się piękna, słoneczna, odpalamy mały piknik nad rzeczką. Pora jednak zacisnąć zęby. Czeka nas dzisiaj w sumie 52km i 2000m wzniosu. Trochę dużo jak na 4rty dzień wyprawy. Zaczynamy wspinaczkę na przełęcz Bovine. Szlak jest przecudowny. Kilka sekcji aż prosi się o spatentowanie w drugą stronę, ale nie mamy na to za bardzo czasu. Widoki z tańczącymi chmurami nad dolinami powalają. Jest przepięknie.

Dotarcie na przełęcz kosztuje nas masę sił. Zaczynamy myśleć o jakiejś alternatywie. Wpadamy na pomysł, aby się rozdzielić i kto ma najwięcej sił, pogna po samochód i wróci po resztę, po zjeździe do doliny. Gdy tak leżymy i podziwiamy widoki na przełęczy, a raczej niewielkim szczycie na ok 2400m, doganiają nas na rowerach, spotkani rankiem, pod gondolką, dwaj Niemcy. Ucinamy znów małą pogawędkę i postanawiamy do doliny zjechać razem. Szlak zjazdowy dla mnie przypominał łagodną wersję Superflow z Rychleb. Można było puścić się ile fabryka dała.

 Ponad chmurami

Raz tylko zatrzymaliśmy się ostro hamując: bowiem jak wypadło się zza zakrętu to było tylko: łał, ale widok!!! Alpy, doliny, lasy, skały, łąki i morze tańczących chmur pod nami… cudowna okolica… Gdzieś po drodze rozstajemy się z sympatycznymi Niemcami – Jacek musiał zmienić klocki hamulcowe, a Maja po potrząsać kołem bo trochę rozszczelniła się jej bezdętkowa opona. Docieramy do bajecznie położonego nad jeziorem miasteczka Champex. Piknik nad wodą, krótka regeneracja i pora ruszać na ostatni zjazd na całej pętli. Kolejne 3,5km zjazdu, -700m, tym razem po ulubionych przez Maję korzonkach i agrafkach, kilkukrotnie podnosząc nam ciśnienie, skutecznie ją rozweselił, a reszcie zwiększając poziom endorfin na tyle, że nie chcieliśmy już słyszeć o samochodzie. Ostatnie 10km postanowiliśmy spokojnie dokręcić drogą. Szlak zjazdowy na koniec sprawił nam mnóstwo radości, zapomnieliśmy o trudach tego dnia i przyklasnęliśmy sobie, że jesteśmy już prawie w domu. Do dziś pamiętam to uczucie ulgi po ostatnim zjeździe, połączone z niesamowitą frajdą, jaką dały nam Szwajcarskie szlaki – bezapelacyjnie najlepsze na całej pętli. Na camping docieramy tuż o zmroku. Kolacja z palnika smakuje jak nigdy. A wspomnienia z przeżytej przygody skutecznie zagłuszają zmęczenie.

Przepastne alpejskie doliny

Jest to specyficzna przygoda, gdzie człowiek żyje nie tylko samą jazdą na rowerze. To zderzenie z wysokimi górami, długimi podjazdami, ale jeszcze lepszymi zjazdami. Jak dla mnie było prawie idealnie (trasę wokół Chamonix można lepiej rozprowadzić, unikając niepotrzebnych rozczarowań). Ale nie to jest w tym wszystkim najgorsze. Teraz widzę bowiem, że znów znalazłem kolejny nałóg – nałóg pokonywania bezkresów pięknych gór z ciężkim plecakiem na rowerze… Siedzę teraz wieczorami i jeżdżę palcem po mapie, planując kolejne przełęcze, kilometry zjazdowych singli i opisy schronisk zahaczających o granice endurowego raju…

Link do galerii zdjęć w Picassie
Share