skok zawody enduro trails bielsko

Po co są nam potrzebne zawody enduro?

Po co nam, rowerzystom amatorom są zawody enduro? Ostatnie tego typu zawody, poprzez skrajnie trudne warunki przeniosły mnie w inny wymiar i pozwoliły w końcu znaleźć satysfakcjonującą odpowiedź…
Kiedy wspominam swój pierwszy start w zawodach enduro 6 lat temu, to śmiech mnie ogarnia. Ja, „kolarz górski”, który co najwyżej raz do roku pojechał na HT, na Policę, a tak to jeździł po bułki do sklepu na rowerze, wybrał się za namową kolegów na swoje pierwsze zawody, wtedy już szumnie nazywane enduro, do Brennej. OS1 – start i tuż po pierwszych 50m na wjeździe do lasu walnąłem OTB (tzw. lot przez kierownicę), po kolejnych 500m leżałem 2m niżej niż trawersowa ścieżka, zaplątany nogą w ramę tak, że nie mogłem przez kilka minut jej wyciągnąć… Ot tzw. szczęście początkującego. 😀

I co? Mija 6 lat, w między czasie człowiek jeździł po tych zawodach zwanych enduro, a nie np. MTB, w nie jednym celu. Ale nie będę puentował już teraz…

Mija 6 lat i w Kluszkowcach roku pamiętnego 2016 przyszło zmierzyć się z najgorszymi warunkami, jakie kiedykolwiek miałem pod kołami: ściana deszczu od 3 w nocy, nie przestało lać do końca dnia, błoto tak śliskie, że najlepszą przyczepność łapało się na mokrych liściach i obrosłych mchem skałach, a lśniące od wody korzenie dawały możliwość strzepnięcia ziemi z zapchanych opon.

błoto zawody enduro kluszkowce joyride
Błotny armagedon na zawodach Enduro Joyride Kluszkowce 2016

Ta trasa nawet na sucho nie należała do łatwych. Szczególnie OS1. Dropy, skały, ścianki, ujemne trawersy, rockgardeny…

I tak o poranku przed startem, przyszło nam zadać sobie jedno, zajebiście ważne pytanie: po co mi to wszystko? Ani nigdy nie uprawiałem kolarstwa, ani innego sportu, nie trenowałem regularnie dłużej niż przez 3 tyg., nie stosowałem diety sportowej więcej niż przez 5 dni, nie siedziałem nigdy na trenażerze, a jedyne szlify szkoleniowe zebrałem u Diabła (totalbikes.pl) 5 lat temu, ale tylko dlatego, że wygrałem dwudniowe szkolenie na jakiś pierwszych zawodach.

Po co mi te zmagania i ryzyko kontuzji, skoro nie mam błotnych opon, nigdy nie jeździłem po takim syfie jak dzisiaj, bo z zasady, jak leje nie wychodzę z domu, a do tego mam nowiutkie wpinane pedały, na których będę jechał w terenie dopiero 10ty raz w życiu..? Podejście do zawodów tak bardzo amatorskie, że nawet oklepany slogan: #EnduroBezSpiny wydawał się, jak wyrok śmierci. Czujecie ten ścisk gardła ze strachu? Od piątej rano nie spałem słysząc, jak wali deszczem po rynnach…

Przy śniadaniu w pokoju nikt nie chciał pierwszy pęknąć i powiedzieć: Pier… nie jadę. Ale czuję, że jeśli ktokolwiek by to powiedział, zrezygnowali by wszyscy. A tak mamy kolejny dowód na bycie zdrowo świrniętym. 😀

Po wystawieniu nas rano przez organizatora do wiatru i przede wszystkim do du… sorry, do deszczu, po odwołaniu 2go oesu, coś w nas pękło. Zeszła spina, zszedł strach, deszczu nawet nie zauważaliśmy, a mokre ciuchy na podejściu działały niczym pianka płetwonurka. Ciepła i wilgotna. Wyłączyłem myślenie, ale za to ni stąd ni zowąd włączyłem wspomnienia tych 5 lat startów w poprzednich zawodach. W 95% były to starty w ciepłych, słonecznych warunkach – typowe tripy enduro z kumplami. I wtedy do mnie to wszystko dotarło, po co jeździłem na te rowerowe zapasy.

Jadąc w dół pierwszego OeSa, gryząc piach w zębach i czując ziemię nawet w pampersie, nie myślałem o tym co mam pod kołami, że czas ucieka,

Skok z pniaka zawody enduro Joyride
Błoto i lśniące korzenie…

ale o tych wspaniałych chwilach z kumplami w trakcie i po zawodach, o wspólnym patentowniu trasy, o imprezach przez pół nocy, aby wstać nieprzytomnym w dniu zawodów. O rozkminianiu linii przejazdu, nie mając pojęcia co to „laserowy pępek”, ani „miękki łokieć”. O tych piwkach w przerwach między oesami, o godzinach rozmów o sprzęcie. A jeszcze bardziej cieszyły mnie wspomnienia tych wszystkich poznanych ludzi, będzie ich ze setka. Wspaniałych roweromaniaków, z każdego zakątka Polski. Teraz, gdziekolwiek jestem na szlaku spotykam znajomych, to miłe. Wieloletnie przyjaźnie, pomocne dłonie w potrzebie, wspólne wyjazdy na rowerowe wczasy,

enduro wczasy finale ligure
Rower, morze i góry… czego chcieć więcej?

night ride’y po Liguryjskich lasach, ogniska pod Jałowcem, wypychy na Chocza, sklinania na snejki…

enduro ognisko
Enduro ognisko

I gdyby nie te wyśmiewane zawody enduro przez jednych, a przez drugich traktowane, jak cotygodniowa msza w Licheniu, nie przeżyłbym tylu wspaniałych chwil, nie poznał tak niesamowitych ludzi, nie zwiedził tak urokliwych zakątków Polski i nie miałbym paru pucharów na półce…

Jadąc w dół, skakałem dropy i pniaki, które w czasie treningów, nawet na sucho uważałem, że są poza moim zasięgiem. Te ciężkie, błotne warunki popchnęły moją psychikę w ostateczną rozgrywkę z samym sobą.

zawody enduro kluszkowce 2016 drop os1_
Skok z największego dropa na OS1

Uskrzydlony wspomnieniami tych wszystkich przygód, podczas kilkudziesięciu wyjazdów na zawody, śmiałem się sam do siebie, że dzisiaj po raz pierwszy dowiedziałem się, co to jest sławne zaciąganie łańcucha w błocie, dlaczego na drugim oesie już umiałem wpiąć się w 3 dziesiąte sekundy w spd i dlaczego na płaskim i prostym szutrze rower stanął mi okoniem – ehh te HansDampfy… 😉  Gdy jedziesz „po mokrym, jak po suchym”, wierząc że to prawda, nagle widzisz, że hamulce nie działają i czeka cię niechybnie mocne zderzenie z pniakiem na wprost, intuicyjnie podrywasz rower w górę i przelatujesz nad nim, do dzisiaj nie wiedząc jak to możliwe… A gdy nadjeżdżasz do ostatniej ścianki wyścigu, gdzie stoi kilkadziesiąt aparatów, gotowych ustrzelić twoją spektakularną glebę, na ścieżce jest głęboka na 10cm maź błotna i w twoim przednim hamulcu skończyły się właśnie klocki… mentalnie przechodzisz metamorfozę. Oczyszczenie.

I wtedy do Ciebie dociera, że spełniłeś się sportowo jako amator i pora na zasłużoną sportową, amatorską emeryturę. Te 5 lat startów o pietruszkę, dało tyle dobrego, że nie sposób tego zliczyć. A umiejętności nabyte, tak jakby przy okazji i mimo, że w porównaniu do prosów wyglądają wciąż blado, są dla mnie jednak kolejną, wielką nagrodą, pozwalającą z każdego terenu mieć niczym nieskrępowaną przyjemność z jazdy, bez jakiejkolwiek spiny, że to nie rower powozi mną, ale ja nim. Co przed erą moich startów w zawodach enduro było nagminne…

skok drop enduro
Niczym nieskrępowana zabawa rowerem podczas wycieczki…

Właśnie oglądam te parę pucharów, niewiele znaczących, dla mnie mają jednak wygrawerowane kilka lat wspomnień nie do zastąpienia.

podium zawody enduro zak
Ehh, ta przyjemność, gdy stajesz na pudle 😛

Bez tych zawodów dalej jeździłbym raz w roku na Policę na sztywniaku, nie wiedząc o tym szalonym świecie enduroświrów… Bo trzeba być świrniętym, aby spędzić w strugach deszczu 5 godzin, w lesie przy +5 stopniach i ryzykować więcej, niż przytomnie uważa się za możliwe… A jednak da się przekraczać swoją strefę komfortu, wstydu, strachu i głupoty. Po co? Spróbuj przejść podobną ścieżkę, a gwarantuję, że za 30 lat siedząc na na ławce w górach będziesz miał poczucie spełnionego życia… rowerowo na pewno.

enduro bez spiny
#EnduroBezSpiny

Do zobaczenia więc od teraz na ścieżce spod znaku #EnduroBezSpiny świrusy… 😀