Zawody EnduroWorldSeries w Irlandii, czyli nasi tam byli.

Zawody enduro zaliczył chyba już każdy, komu żyłka ścigania naciąga się czasem w głowie. Imprez tego typu w Polsce i u ościennych sąsiadów coraz więcej, ale największa ciekawość sięga tych na światowym poziomie, czyli Enduro World Series uchodzące za nieoficjalne zawody rangi Pucharu Świata.

Mamy niepowtarzalną okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak to wygląda od środka. Oto bowiem dwóch śmiałków z naszego enduro team’u: Sady Zgrani.fr Team: Kuba „Słowik” i Rafał „Szczupak” zebrali się na odwagę i pojechali zakosztować high life’owego ścigania z najlepszymi tego świata w majowej edycji zawodów EWS: 24 Maja 2015 – County Wicklow w Irlandii.

Wobec tego otwierajcie zimne piwko, zmrużcie oczy i wczujcie się w ich emocje. Oto ich przemyślenia i wciąż gorąca relacja, która może zachęci do takiego startu… 🙂

 

Vasya: Czy to Wasz pierwszy start w międzynarodowych zawodach z najlepszymi tego świata?

plateKuba: Siemka Vasya – tak – jest to pierwszy start na tak dużej imprezie i z tak dobrymi zawodnikami Enduro. Do tej pory poza naszymi zawodami jedynie w Falcon Enduro w Czechach brałem udział.

Rafał: Z pewnością był to pierwszy start w zawodach tej rangi, ale pierwszym moim startem za granicą był udział w zawodach Epic Blast w 2005 roku w Irlandii, które było zarówno pierwszymi zawodami enduro w historii Irlandii, jak i moimi pierwszymi zawodami rowerowymi.

Aby od razu wyjaśnić pewne sprawy dla tych którzy mnie nie znają jestem kompletnym amatorem, pracującym ojcem dwójki dzieci, z okolic środka stawki w polskich zawodach i do Irlandii na EWS pojechałem, aby przeżyć niezapominaną przygodę, a nie dla rywalizacji, czy wyniku. Jasne dla mnie od początku było to, że swoje miejscem będę liczył od końca tabeli.

Jak oceniacie poziom organizacyjny imprezy, jakby to porównać u nas?

Kuba: Poziom organizacyjny imprezy to zupełnie inna bajka niż u nas. Same szczegóły techniczne odnośnie zabezpieczenia trasy, obsługi na starcie i mecie OSu – jak u chłopaków z Emtb.pl, którzy wg mnie wypracowali do tej pory najlepsze standardy „jakości technicznej obsługi” imprezy, gdzie największą różnicę widać było to w bazie zawodów. Chyba lepsze określenie tego jest po angielsku „Race Village” – serio powstała mała wioseczka z kilkoma alejkami, a tam przyczepy największych teamów, czy producentów, oczywiście wszyscy wystawiają się ze sprzętem, ale i masz wsparcie największych. Samemu miałem defekt po 4 i 5 OSie i od chłopaków z namiotu Shimano dostałem realne wsparcie techniczne. Na 4OS uszkodziłem przerzutkę pod sam koniec OSu. Na szczęście po 4OS wszyscy jechaliśmy na bufet, więc bez spiny zajechałem do chłopaków, a oni naprawili mi przerzutkę. Trochę pracy kombinerkami pozwoliło jej przywrócić drugie życie. Mechanik powiedział wprost – ty idź jeść i regeneruj się, a my załatwimy sprawę. Niestety kombinerki okazały się niewystarczającym lekiem bo przerzutka w połowie 5OSu kompletnie rozpadła się i wtedy też straciłem najwięcej czasu. 3 razy niespecjalnie wiedząc co się dzieje, nastawiałem zrzucony łańcuch, potem zdecydowałem się jechać bez łańcucha, co uważam powinienem być zrobić od razu bez kombinowania. Bez łańcucha, szanując prędkość, pompując i mało hamując można naprawdę jechać szybko… Także po 5OS nie mając już takiej rezerwy czasowej (ciasne limity między OS indywidualne dla każdego zawodnika) pocisnąłem do bazy, zmusiłem kolesi do wymiany przerzutki na nową, chłopaki szybko ogarnęli temat, wyciągam portfel a oni że nie ma mowy! WTF – zajechanego SLXa na nowego XTka zamieniłem. Jest OK… i na szczęście po sprincie na górę zdążyłem jeszcze na start w swoim limicie. Inny zawodnik miał serwis Reverba w namiocie SRAMA dzień przed wyścigiem… to jest fajne, czujesz, że jest to duża impreza, producenci robią to dla prestiżu, czujesz się ważny.

Wyjazd z miasteczka

Chłopaki z Emtb.pl ze swoją bazą zawodów na Ślęży pokazują, że idą dobrą drogą. Festiwal Rowerowy w Kluszkowcach, na którym nigdy nie byłem to też jest już duża impreza właśnie podobnego kalibru – tylko, że tam w kupę zebranych jest kilka dyscyplin MTB.

Rafał: To jak zawody było zorganizowane to jakiś kosmos, wszytko było dokładnie ustalone co do sekundy, start każdego os-u, kiedy zaczynasz i kiedy kończysz lunch, a nawet kiedy masz wjechać na metę. Byliśmy także sprawdzani na dojazdówkach, każdy rower oczywiście oznaczony, wszystko pięknie otaśmowane, w niebezpiecznych miejscach gdzie mogą pojawić się kibice zawsze był ktoś z obsługi, żadnych opóźnień, czy problemów. Przy prawie 400 zawodnikach robiło to duże wrażenie.

 

A jak atmosfera między zawodnikami?

Kuba: Genialnie – na treningach czujesz się jak w jednej wielkiej bandzie kumpli na rowerach. Fakt, że trzymaliśmy się głównie w 3 osobowej grupie (ja, Rafał i Radek) i widać było, że Radek jako lokales (dzięki za pomoc i bycie świetnym gospodarzem!) zna tam wszystkich miejscowych. Co chwila stawaliśmy, kupa śmiechu, trochę gadki przed ściankami… generalnie gdyby nie to, że byłem zesrany technicznymi fragmentami tras to byłyby to bardzo fajne 2 dni spędzone w siodle. Nowe traski, świetna lokalizacja, doskonała pogoda, co chwila Nico VouliozNico pozdrawia 2, Atherton, Callaghan, Lau wyprzedzają cię na podjeździe, czy widzisz jak patentują techniczne fragmenty… chce się żyć! A skill’a mają z kosmosu.

Rafał: Atmosfera była bardzo pozytywna, zarówno podczas objazdu gdzie Radek (znany wielu jako Radosław Rowerowy) się mną i Kubą porządnie zaopiekował i oprowadził po wszystkich osach.

Irlandczycy słyną ze swojego wyluzowanego i przyjacielskiego podejścia, więc podczas zawodów szybko skumplowałem się z kilkoma Irlandczykami z którymi startowałem oraz z chłopakami z Mad Elk Cycles.

Na zawodach oczywiście musiałem trafić na dwójkę szybkich zawodników za sobą i praktycznie na każdym osie musiałem ich puszczać na trasie, ale kolesie nie robili z tego absolutnie żadnego problemu i za każdym razem nie dość, że nie mieli pretensji o to, że musieli mnie wyprzedać to jeszcze dziękowali grzecznie za to, że ich puściłem, tłumacząc przy tym, że i tak nie walczą tu o zwycięstwo i są tu dla zabawy. A więc zero spiny i miła atmosfera.

Czy czuliście się, że jesteście tam tylko statystami? Czy też jadąc na trasie mieliście wrażenie, że należycie do tej wielkiej enduro rodziny i czuliście się współczesnymi gladiatorami?

Kuba: W żadnym wypadku – Enrico przed startem i na mecie z każdym zamienia kilka słów, kibice dopingują każdego. To co wydarzyło się z kibicami w Irlandii to w ogóle była jakaś sensacja. Miałem w dniu zawodów dzięki nim takiego kopa, że wszystkie trudności i zmory z poprzednich 2ch dni treningu poszły czysto i bez spiny. Poziom kibicowania, jak z osławionego DH w Fort Williams, czyli piły motorowe, megafony, przebrania z kosmosu i stare części rowerowe. Wszystko robiło duuuużo hałasu. Dodaj do tego krzyk z kilkudziesięciu gardeł na każdym zakręcie… i jedziesz jak na EPO.

Kibice
Rafał: Zdecydowanie czujesz, że bierzesz udział w czymś wielkim, może raczej nie jako główny bohater, choć każdy ma swoją chwile chwały na scenie kiedy Enrico zadaje ci parę pytań przed startem. Na początku na pewno czułem się mocno zdeprymowany na treningach gdzie w każdym trudnym miejscu była już zawsze ustawiona kolejka prosów i fotografów, a ty nagle masz przy nich wszystkich zjechać jakąś ściankę, modląc się tylko o to żeby nie zglebić jakoś strasznie przy wszystkich i nie znaleźć się zaraz na Pinkbiku (popularny portal rowerowy*). Wtedy bardziej czułem się, jak jakiś zawalidroga niż statysta, ale wiem, że to wszytko działo się tylko w mojej głowie, nigdzie nie widziałem, aby ktokolwiek miał jakieś pretensje, wszytko rozgrywało się w wyluzowanej atmosferze. Co do gladiatorów to jak zobaczyłem co się dzieje podczas przejazdu najlepszych, te tłumy szalejących ludzi, huk latającego helikoptera i lecącego na pełnym piecu zawodnika to wtedy wiesz, że oglądasz współczesnego gladiatora.


Mieliście szansę na treningach podglądać najlepszych. Otwiera oczy to co oni robią? Czy poziom, który prezentują jest niemożliwy do skopiowania, tzn czy można się coś od nich nauczyć?

Kuba: Poziom wytrenowania, umiejętności na światowym poziomie jest taki, ze mnie opadła szczęka. Co innego oglądać tych ludzi w internetach, a co innego jeździć z nimi po tych samych trasach. Na zdjęciach, filmikach widać akurat tyle, że z fotela każdy mądry i „zrobi to na pewno”. Trasę w Irlandii porównałbym do Ślężańskiego OS2 na początku, gdzie niby szlak jest szeroko, kamienie niespecjalnie duże, a czekają żeby gryźć korby, pedały i blokować koło. A ta słynna ścianka na Ślęży na OS2 masz kilka razy podczas zawodów… tylko większą. Dolne sekcje w lesie były takie, jak na OS3 w drugiej części, czyli ziemia, korzenie i trawersy i mega dużo dołów. Jak to objeżdżałem na treningach to walczyłem… wszędzie. Natomiast ziomki z topu zachowywali się jak kocury. Potrafili szanować i utrzymać prędkość. Do tego na trudnych fragmentach wybierali agresywne i ryzykowne linie przejazdu, ale przecież oni tam są wygrywać, a nie przetrwać.

Lapierre na skałach

Oglądać najlepszych i jeździć po trudnych i różnorodnych trasach to doskonała receptura na poprawę umiejętności… i odkrycie swoich największych braków. Po ogłoszeniu wyników zastanawiałem się, jak wysoki musi byś poziom tej dyscypliny skoro taki Nico Vouilloz przyjeżdża na 18 miejscu i narzeka, ze nie mógł znaleźć Flow, a u siebie w domu na półce ma 8 tytułów mistrza świata w DH… Reasumując skill’a skopiować się od najlepszych nie da, ale czasami nie o to chodzi by złapać króliczka… Kwestia podejścia – ja mam rodzinę, dwójkę szczęśliwych dzieciaków i fajną pracę i nie jestem w stanie wykrzesać więcej czasu na rower czy treningi. Cele rok do roku mam na poprawę swoich umiejętności czy kondycji. I widzę, mimo że nadal na naszym podwórku przychodzą nowi – udaje się wbić w pierwszą 10. To są moje cele. Myślę, że nasi z czuba, którzy liznęli profesjonalizmu mieliby realną szansę o zawalczenie o top 20. Wbić się tak wysoko sporo kosztuje poświęceń i determinacji.
Rafał: To był wielki szok, po pierwsze to co ludzie wyprawiają, pivoty na skałach (obrót na przednim kole*), dokręcanie w miejscach, gdzie ty zsuwasz się na zablokowanym heblu, prędkości jakie osiągali, a po drugie ilość świetnie jeżdżących ludzi. Tam wszyscy jeździli po prostu pięknie, praktycznie nikt nie robił błędów, każdy kto tam startował reprezentował świetny poziom.

Podczas treningów kilkukrotnie napotykaliśmy się na Bena Cruza, to co robił, jego flow i prędkość zawsze powodowało u nas absolutny opad szczeny, a on przecież skończył dopiero na 42 miejscu,.

Na pewno oglądanie tak dobrych zawodników otwiera jakieś blokady w głowie, ale oni reprezentują tak odległy poziom, że raczej ciężko się czegoś uczyć w kwestii techniki, za to na pewno warto popatrzeć na to jaką linią jadą, ogólnie tną wszytko co możliwe i dozwolone. Ostania dyskusja na necie o cięciu trasy przy okazji zawodów w bielsku wydaję się śmieszna w obliczu tego co się dzieje na EWS-e.

Ścina zakręt, czy nie?

Poziom trudności ścieżek Was przeraził, pokonał, a może był porównywalny np do Ślęży?
Czy było coś co Was na trasie zaskoczyło, prócz kibiców oczywiście?

Kuba: Sama formuła zawodów, która jest nastawiona na ściganie mnie pozytywnie zaskoczyła. To jest EWS i było to czuć w dni zawodów. Wyśrubowane limity, długie OSy, 40 minutowe podjazdy na kolejny OS raczej ze spiętymi pośladami… Wszystko to, żeby Cię zmęczyć. Kolesiowi przede mną na podjeździe na 5OS leciała krew z nosa. Na starcie 6OS już go nie było. Jak popatrzyć na wyniki to masa DNF’ów (Nie Ukończył*). Sam poziom trudności ścieżek wysoki, momentami na objazdach zadawałem sobie pytanie co ja tutaj robię, ale w dniu zawodów nie było już żadnych wątpliwości, czy tremy. Kibice podnieśli mojego skill’a do wystarczającego poziomu.

Rafał: Osy nie były specjalnie trudne do przejechania, ale były trudne do ścigania. Były dosłownie 3 trudniejsze miejsca zjazdowe plus jedno podjazdowo-trialowe, gdzie najgorsze z nich miało poziom mniej więcej ścianki na os2 na Ślęży, a więc nic ponad to co się dzieje u nas.

Single jak u nasTrudność tamtejszych OeSów polegała na naturalności i chaosie, jaki na nich panował. Nie były to wygładzone single, ale pełne dziur, korzeni, kamieni i pieńków wąskie single. Co chwila coś cię wybijało z rytmu, cały czas trzeba było mocno pracować ciałem pompując na każdej nierówności i do tego w wielu miejscach trzeba było jeszcze dokręcać.

Nikt się tam specjalnie nie pieścił w kwestii przygotowania tras. Tam gdzie wykorzystano stare odcinki wydawało się, że poza dodaniem paru szykan na najszybszych prostych i wytyczeniu łączników nic nie zostało upiększone, czy wyrównanie.

Band i budowanych jumpów było naprawdę niewiele, w sumie chyba tylko na os6 i os7 który miały najbardziej zjazdowy charakter, można je było spotkać, ale nawet w Lasku Wolskim w Krakowie jest ich więcej niż tam na całej trasie.

W tych miejscach gdzie wytyczono nowe odcinki to zostały tylko przycięte kosiarką i oznaczone taśmami, a trasy powstały z tego, jak zostały wyjeżdżone podczas treningów i zawodów.

Nie było też wytyczonych praktycznie żadnych chicken line’ów (łatwego objazdu*) (poza jednym na os7) przez trudności, czy też takich elementów jak poukładane kamieni, aby zasypać jakąś dziurę czy ułatwić trudności które później podczas zawodów mogłoby ulec zburzeniu czy rozsypaniu podczas zawodów. Trasa przez to, że nie miała wielu świeżo budowanych elementów bardzo dobrze przetrwała treningi, a na samych zawodach wyglądała tak samo jak wcześniej, oczywiście poza świeżo wyciętymi fragmentami.

Warto też wspomnieć o trudności wynikającej z długości całej trasy i limitach czasowych, podjazdy miały niebagatelne znaczenie dla całych zawodów. Trzeba było 6 razy wjechać naprawdę solidnym tempem 30-35 minutowy podjazd, a i tak po dojechaniu na miejsce miało się zaledwie parę minut do następnego startu. Tempo zawodów było naprawdę mordercze, koleś który startował przede mną przetrwał tylko 2 osy na 3 już się nie pojawił. Wiedziałem, że jakikolwiek problem sprzętowy, guma czy nawet dodatkowa przerwa spowodowałaby niedojechanie na czas i dużą karę czasową, nie miałem absolutnie żadnego zapasu sił, aby podkręcić tempo.

widok na scianke

Jak dla mnie to były zawody trzy w jednym, ponad 40 min na os-ach, a więc jak 2 razy zawody enduro w Polsce, plus maraton 25km na podjazdach, a to wszytko w czasie 6 godzin i 9 minut, w tym jedna 15 min. przerwa na lunch. Samo przejechanie tego wszystkiego i niedostanie kary czasowej było już samo w sobie dużym wyzwaniem.

Po zawodach miałem odczucie, że poziom jaki reprezentuję zarówno w kwestii techniki jazdy, jak i wytrzymałości to było absolutne minimum, aby wszytko przejechać i mieć z tego jakiegoś fun’a. Cieszę się, że nie odpuściłem choć jednego treningu przed zawodami bo mógłbym już wtedy nie dojechać.


Jak duży poziom stresu jest w takim starcie? Wiadomo, setki kibiców i media…

Kuba: Na objazdach miałem dużą spinę. Szczególnie na technicznych fragmentach, które chciałbyś powtórzyć, na spokojnie przeanalizować było zawsze kilkanaście obiektywów czekających na twojego kresza (upadek*) i fajny materiał na Pinka, czy Vitala. To mnie bardzo rozbijało. Natomiast sam dzień zawodów poszedł bardzo gładko – coś jak widzenie tunelowe. Dzięki ciasnym limitom jechało się prawie, jak na maratonie – czyli cały czas w siodle, skupionym, bez czasu na demony.

Rafał: W noc przed zawodami prawie nie mogłem spać tak się denerwowałem, ale na szczęście wyluzowana atmosfera zawodników i Radek i Słowikorganizatorów plus rytm jaki został narzucony przez limity czasowe spowodowały, że były to jedne z najmniej stresujących zawodów w jakich brałem udział. Przez to też, że startowałem jako 2 zawodnik z elity około 2 godziny przed najlepszymi zawodnikami to na trasie przynajmniej na początkowych os-ach było bardzo mało kibiców i mediów, powiedziałbym nawet, że panowała bardzo intymna atmosfera, jak podczas pierwszych zawodów w Świeradowie, co mi zresztą bardzo pasowało. Dopiero na ostatnich 2 os-ach był już tłumy ludzi wzdłuż trasy, ale wtedy nie miało to już znaczenia.

Jak rozminęły się Wasze oczekiwania z rzeczywistością jaką tam zastaliście?

Kuba: Nie miałem żadnych oczekiwań, kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać, więc z każdej strony byłem pozytywnie zaskakiwany.

Rafał: Nie spodziewałem się, że będzie aż tak ciężko wysiłkowo, zarówno na os-ach jak i na podjazdach. No i na pewno nie oczekiwałem tego, że będziemy przez 3 dni jeździć w pełnym słońcu, rzecz w Irlandii rzadko spotykana.

Abstrahując od ceny startu oraz wiadomego wyniku w tej stawce, czy jest sens amatorowi, jak my pojechać na taki event?

Kuba: Koszt startu wbrew pozorom nie jest taki duży bo kilkadziesiąt euro – przy cenach Last Minute u chłopaków z emtb.pl wręcz porównywalny. 😉 Gorzej z transportem… Najlepiej więc pojechać na zorganizowany obóz u Diabła do Finale na tydzień i mieć z tego po prostu dobry rowerowy wyjazd z wisienką na torcie w postaci zawodów wysokiej rangi. Takim amatorom jak my będzie coraz trudniej startować w EWS bo powoli ta impreza będzie zamykać się na amatorów i aby znaleźć się w gronie startujących trzeba będzie mieć dobre wyniki w kraju, więc myślę, że tak – o ile możliwe, start w takich zawodach dla przeżycia czegoś ciekawego ma sens.
Rafał: Pewnie że tak, enduro to młody sport i jest to absolutnie niesamowite, że amatorzy tacy jak my mogą startować w zawodach najwyższej światowej kategorii, ramie w ramię z najlepszymi tego świata. Powiedziałbym też, żeby korzystać z tego jak najszybciej póki jeszcze można bo już niedługo może wejść system kwalifikacji na EWS-a i skończy się niestety możliwość startu dla kogoś spoza czołówki.

voulioz tnie

Dostaliście kopa do dalszego treningu i podnoszeniu skilla po tych zawodach?

Kuba: Raczej! Skill skoczył po 3 dniach jeżdżenia więc udowodniłem sobie, że jest jeszcze miejsce na progres.

Rafał: Kop do treningów to był zdecydowanie przed zawodami. Start w takiej imprezie daje naprawdę świetną motywację do jazdy, od początku roku do momentu startu w maju, udało mi się przejechać ponad 600km w terenie podczas około 20 krótkich treningów. Wiem, że dla kogoś przyzwyczajonego do treningów pewnie jest to niewiele, ale jak dla mnie, czyli typowego ludka enduro, który nigdy nie trenował, wygospodarowanie takiej ilości czasu oraz motywacji to było naprawdę dużo.

Teraz już po zawodach raczej planuję wyluzować się i poświęcić więcej czasu rodzinie, ale za jakiś czas mam nadzieje wrócić do jazdy.


Czy myślicie jeszcze raz o starcie w EWS kiedyś, czy to raczej przygoda: raz przeżyć i zapamiętać na zawsze? Wiemy, że te edycja z Irlandii przebiła wszystkie dotychczasowe jeśli chodzi o atmosferę…

Kuba: Nie myślałem jeszcze o starcie, ale idea pojechania w jakąś bardziej egzotyczną europejską miejscówkę typu Finale Ligure, czy Punta Ala pod pretekstem zawodów zawsze łatwiej zostanie przez żonkę zaakceptowana niż tak po prostu: jadę z kumplami na tydzień. Żonę mam wyrozumiałą, ale wolę nie przeginać, więc do kalendarza corocznych imprez na pewno to nie wejdzie…

Rafał: Jeżeli jeszcze tylko nadarzy się do tego okazja to czemu nie, same zawody mimo tego, że tak wyczerpujące były naprawdę przyjemne i z dziką chęcią bym jeszcze coś takiego powtórzył. Dobrze jest mieć jakiś cel do którego się dąży, a same zawody są świetnym pretekstem, aby pozwiedzać nowe miejsca.

Meta

Vasya: Dzięki chłopaki za tak obszerne przemyślenia, wszyscy na nie czekaliśmy. Każdy z nas ma wielką ciekawość, jak to wygląda od środka. Teraz widzimy, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Kwestia tylko odpowiedniego podejścia. Ehh, mam głód na taką przygodę i jak widać, można wziąć udział w światowej klasy zawodach, być amatorem i mieć wciąż w sobie ducha #EnduroBezSpiny… A może kiedyś EWS zawita do Polski? Tego sobie życzmy… a chłopakom gratulujemy ukończenia tych ciężkich dla każdego amatora zawodów.

(* – tłumaczenia i dopiski przez Vas)